Plener.

Przełom lipca i sierpnia spędziłam w Beskidzie Niskim w miejscowości, która czasem bywa na mapach a czasem nie. Listonosz nie przynosi listów, śmieciarka nie chce odbierać śmieci, internet podobno gdzieś jest. Czarne, obok Wołowca znane wszystkim czytającym reportaże wiadomego wydawnictwa to chyba tylko ta jedna drewniana chata w której mieszkają Jurek i Marysia. Było cudownie, smacznie, gorąco, były pioruny i ból pleców, było 1050 stopni w piecu w sześć godzin, były kamienie w naleśnikach z jagodami za 12 zł w Radocynie i wiele innych wspaniałych rzeczy. Wchodziłam na górę by dać znać, że żyję i łapałam trzy kreski przy czaszce, płakałam po raz nie wiem który oglądając Bridges of Madison County, dowiedziałam się, że koniecznie powinnam zmienić pastę do zębów bo moja jest trująca, a ustawienia Hellingerowskie to jednak super sprawa, codziennie jadłam owczy ser i dużo, dużo się nauczyłam. Mała fotorelacja poniżej. Czarno-biały film jeszcze w aparacie, muszę wypstrykać do końca. Gorąco polecam takie wakacje, bo ja nadal nazywam wakacje wakacjami a nie urlopem.O!

80 godzin

Trochę na wyrost, ale mniej więcej tyle czasu spędziłam na kole od września. Do 10 000 nadal kilku mi brakuje  ale podczas wakacji mam zamiar intensywnie je nadrabiać. Wczoraj przyniosłam z pracowni dwa kubki, które wydają mi się teraz najładniejsze na świecie. Za dwa, może trzy tygodnie uznam, że są pełne niedociągnięć, krzywizn i wstyd pić w nich herbatę… ale póki co jestem zachwycona.