Start again

Po trzech latach od ostatniego wpisu postanowiłam dać sobie drugą szansę i wrócić do bloga. Jak możecie się domyślać wiele się od tego czasu zmieniło… Po pierwsze i chyba najważniejsze, niebawem stukną mi trzy lata we własnej pracowni. Jak pomyślę, że moje koło na początku stało wciśnięte miedzy regał a biurko (oba szczelnie zafoliowane) a ja nosiłam brudne od szkliwa pędzle do kuchennego zlewu –  tym bardziej doceniam posiadanie swojej własnej przestrzeni gdzie mogę brudzić. Po drugie, może ważniejsze, przez te trzy lata wysiedziałam tysiące godzin przy kole i czuję się coraz pewniej w tym co robię. Chociaż nic a nic nie wstydzę się moich pierwszych kubków (jeden się stłukł ale z drugiego cały czas piję kawę) to jednak nie ma porównania z tym co robię teraz. To bardzo miłe uczucie. Bloga reaktywuję głównie po to by pokazywać Wam co robię całymi dniami i – mam nadzieję – zarazić sympatią do garncarstwa (i w ogóle do wszystkich ręcznie wykonywanych przedmiotów) 😉


Three years after the last entry, I decided to give myself a second chance and get back to writing a blog. As you can guess, a lot has changed since my last entry … First and probably most importantly, I’ll soon hit three years in my own studio. When I think that in the beginning my wheel stood squeezed between my bookcase and the desk (both tightly wrapped in plastic foil) and I would bring my dirty brushes to the kitchen sink to wash – the more I appreciate having my own space where I can get dirty. Secondly, maybe even more importantly, during these three years I sat through thousands of hours at the wheel and I now feel more and more confident in what I do. Although I’m certainly not ashamed of my first mugs (one of them broke but I still drink coffee in the other one), still there is no comparison with what I do now. It’s a very nice feeling. I reactivate the blog mainly to show you what I do and – I hope – to persuade you to appreciate all handcrafted items!

Advertisements

Plener.

Przełom lipca i sierpnia spędziłam w Beskidzie Niskim w miejscowości, która czasem bywa na mapach a czasem nie. Listonosz nie przynosi listów, śmieciarka nie chce odbierać śmieci, internet podobno gdzieś jest. Czarne, obok Wołowca znane wszystkim czytającym reportaże wiadomego wydawnictwa to chyba tylko ta jedna drewniana chata w której mieszkają Jurek i Marysia. Było cudownie, smacznie, gorąco, były pioruny i ból pleców, było 1050 stopni w piecu w sześć godzin, były kamienie w naleśnikach z jagodami za 12 zł w Radocynie i wiele innych wspaniałych rzeczy. Wchodziłam na górę by dać znać, że żyję i łapałam trzy kreski przy czaszce, płakałam po raz nie wiem który oglądając Bridges of Madison County, dowiedziałam się, że koniecznie powinnam zmienić pastę do zębów bo moja jest trująca, a ustawienia Hellingerowskie to jednak super sprawa, codziennie jadłam owczy ser i dużo, dużo się nauczyłam. Mała fotorelacja poniżej. Czarno-biały film jeszcze w aparacie, muszę wypstrykać do końca. Gorąco polecam takie wakacje, bo ja nadal nazywam wakacje wakacjami a nie urlopem.O!

80 godzin

Trochę na wyrost, ale mniej więcej tyle czasu spędziłam na kole od września. Do 10 000 nadal kilku mi brakuje  ale podczas wakacji mam zamiar intensywnie je nadrabiać. Wczoraj przyniosłam z pracowni dwa kubki, które wydają mi się teraz najładniejsze na świecie. Za dwa, może trzy tygodnie uznam, że są pełne niedociągnięć, krzywizn i wstyd pić w nich herbatę… ale póki co jestem zachwycona.